Archeologia „od kuchni”: rzecz o krajobrazie nauki

Archeologia „od kuchni”: rzecz o krajobrazie nauki


Paweł Polkowski  


Keywords:  archaeology, rock art, landscape, memory

Niniejszy esej być może nigdy nie powstałby, gdyby nie splot kilku wydarzeń. Po pierwsze, dwa lata temu miałem sposobność odbycia stażu naukowego w Forschungsstelle Afrika przy Uniwersytecie w Kolonii (ryc. 1). Były to trzy miesiące intensywnej przygody intelektualnej w jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym ośrodku badawczym w zakresie prahistorii wschodniej Sahary. Po drugie, w wyniku zawiązania licznych znajomości i przyjaźni, zostałem niedawno poproszony o napisanie krótkiego tekstu na temat moich wspomnień i impresji z tamtego pobytu. Ów mémoire ukazał się drukiem (Polkowski 2016) i o dziwo został również zauważony w Polsce. Zwrócono mi wówczas uwagę, że w opisywanym przeze mnie fenomenie drzemie być może pewien potencjał analityczny – materiał, który posłużyć może za rodzaj naukowej anegdoty, pomocnej w zrozumieniu „faktu”, iż archeologia jest w istocie praktyką społeczną, która nie tylko bada „ślady (z) przeszłości”, lecz również, a może przede wszystkim, je konstytuuje. Esej ten jest jedynie krótkim zbiorem przemyśleń i nie rości sobie praw do bycia rozprawą naukową. Chciałbym jednak pokazać, że na pozornie oczywiste zjawisko można spojrzeć pod innym jeszcze kątem, dostrzegając jednocześnie, że sama archeologia jako rodzaj bytu również wpływa na badaczy. A wszystko to zaś ma swój wymiar materialny.

 
Rycina 1.
Rycina 1. Siedziba Forschungsstelle Afrika i Heinrich Barth Institut przy Jennerstrasse 8 w

Kolonii (Niemcy). Wejście główne do budynku.

Kiedy poproszono mnie o spisanie moich wspomnień z Kolonii, to choć narzucało się ich wiele, jeden wątek od razu wydał mi się szczególnie wart przywołania. Nie był to w dodatku wątek fabularny, a raczej topos, i to zarówno w znaczeniu miejsca, jak i symbolu czy metafory. W tamtym tekście opisałem więc serce Instytutu, które dosłownie otoczone pokojami i pracowniami naukowymi, tętni życiem społecznym (ryc. 2). To właśnie instytutowa kuchnia w sposób naturalny stała się mięśniem pompującym relacje międzyludzkie, a rozwidlający się korytarz, który do niej prowadzi, w istocie będący jak żyła i tętnica, doprowadza i odprowadza kolejne osoby. Jeśli podążyć dalej za metaforą serca, skurczem byłby wówczas każdy epizod ludzkiej interakcji – śniadania, lunche, wspólne oczekiwanie na gotującą się wodę, a także spotkania o charakterze formalnym, bo nawet zebrania naukowe odbywać się mogą w kuchni.

Paradoksalnie więc symbolem miejsca jakim jest Forschungsstelle Afrika stało się w mych oczach pomieszczenie dalece niezwiązane z archeologią; być może jednak tylko pozornie niezwiązane.

 
Rycina 2.
Rycina 2. Kuchnia – serce Instytutu. Ponad kafelkami zawierającymi podpisy wielu badaczy Afryki znajduje się baner z reprodukcją fragmentu panelu z malowidłami w Jaskini Bestii w Gilf Kebir.

Jako badacz sztuki naskalnej nie mogłem bowiem nie dostrzec uderzającej paraleli pomiędzy kuchnią przy Jennerstrasse 8 a przedmiotem moich badań. Można powiedzieć, że manifestuje się ona poprzez dwa niezależne zjawiska. Pierwszym z nich jest obecność licznych plakatów i banerów na niemal wszystkich ścianach pomieszczenia, na których znajdują się reprodukcje wspaniałych paneli z malowidłami naskalnymi z różnych części Sahary. Po prawej stronie od wejścia zawisł więc olbrzymi baner ukazujący fragment panelu z Jaskini Bestii odkrytej przed kilkunastoma laty w rejonie Gilf Kebir (Kuper 2013). Widać na nim niezliczone postaci antropomorficzne, negatywy ludzkich dłoni oraz fantastyczne kreatury, od których jaskinia zyskała swą nazwę. Baner wpasowany idealnie pomiędzy narożnik ściany, kafelki i rurę doprowadzającą wodę, dominuje w kuchennym krajobrazie i daje wyraz badawczym fascynacjom tamtejszych naukowców. Przeciwna ściana ozdobiona jest za to mniejszymi plakatami, które nie tylko przedstawiają wybrane panele saharyjskiej sztuki naskalnej, ale same w sobie mają sentymentalną wartość. Powstały bowiem w 1978 roku, kiedy to stanowiły element ekspozycji wystawy poświęconej malowidłom Sahary Centralnej (Kuper 1978). To właśnie tamta wystawa była kamieniem węgielnym niezwykle długiej i owocnej przygody badaczy niemieckich z archeologią Sahary, kontynuowanej po dziś dzień. Elementy tej ekspozycji znaleźć można również w innych pomieszczeniach Instytutu, w kuchni jednak przykuwają one znacznie większą uwagę niż gdzie indziej.

Na pierwszy rzut oka są to zwykłe dekoracje – pamiątki powieszone na ścianach, pewnie po to, by zakryć spękania na murach, kruszącą się farbę, czy zabrudzone miejsca. Wszak budynek ten przeżył już wiele lat, a zanim stał się siedzibą Forschungsstelle Afrika, służył firmie sortującej i wywożącej śmieci. Kolejna paralela, której nie można nie dostrzec – po tym jak zbierano tam odpady generowane przez współczesną społeczność Kolonii, wprowadzili się archeolodzy, których praca oparta jest przecież na kontemplacji śmieci z przeszłości (Rathje, Shanks 2013, s. 354). Wracając jednak do kuchni, nie sposób traktować wspomnianych dekoracji jako pozbawionych głębszej znaczeniowości przedmiotów. Choć ich obecność i wymowa mogą być w dużej mierze nieuświadamiane przez pracowników Instytutu, to jednak spostrzeżone przez kogoś „z zewnątrz” mówią o wiele więcej, niż może się wydawać. Na pewno świadczą o sentymencie – do przedmiotu badań, ale zapewne też do konkretnych miejsc i wydarzeń.

Ociekają lukrem historii, tym zaschłym pradziejowym i tym ciągle jeszcze płynnym współczesnym. Są łącznikiem pomiędzy miejscami oddalonymi w przestrzeni – niedostępnymi wzgórzami Sahary, a budynkiem w sercu europejskiego miasta. Granice się zacierają, poddając w wątpliwość kartezjańską wizję przestrzeni. Kurz na posterach może być miejskim brudem, ale może być też drobnoziarnistym piaskiem z największej pustyni świata.

 

Są też one instytucjonalnym memuarem. Każdemu, kto odwiedzi kuchnię, opowiedzą lub przypomną o dokonaniach ośrodka. Stanowią rodzaj materialnej dumy z osiągnięć, jakże zasłużonej, a jednocześnie nie znać w nich śladu pychy czy przechwałki. Są więc narracją o historii Sahary i historii Instytutu – zaklętą w obrazach: otwartą, choć sugestywną. Estetyzują otoczenie, trudno w to wątpić, ale przede wszystkim jako przedmioty współczesnej kultury materialnej biorą aktywny udział w relacjach społecznych. Wreszcie, to one w dużej mierze przyczyniają się do praktykowania w kuchni specyficznej tradycji uwieczniania przez przybyłych gości swych sygnatur i komentarzy na ściennych kaflach. Badacze prahistorycznych piktogramów tworzą tam swoje własne graffiti.

Ponownie, czynność o nieskomplikowanej z pozoru znaczeniowości – byłem tu zdająca się mówić. Jednak tak, jak wolałbym widzieć coś więcej w obecności na skałach prahistorycznych negatywów dłoni, tak więcej można chyba dostrzec w kuchennej praktyce podpisów naściennych. Z czterech ścian pomieszczenia, trzy zajęte są już sygnaturami bardziej i mniej znanych naukowców. Przynależąc zdecydowanie do tej drugiej kategorii, czułem w sobie fuzję ekscytacji i onieśmielenia patrzącymi na mnie zewsząd postaciami. Kto zajmuje się zawodowo archeologią saharyjską, temu nieobce są nazwiska Johna Alexander’a, Pierre’a Vermeersch’a, Hansa Rotherta, Francisa Geusa, czy Freda Wendorfa, by wymienić tylko kilka. Oni byli tu przede mną, pomyślałem wtedy. Co innego wiedzieć, co innego widzieć materialny ślad ich bytności. Te podpisy reifikowały moje wyobrażenia. A pośród sztuki naściennej także polskie nazwiska, równie zasłużone: Romuald Schild, Michał Kobusiewicz, Lech Krzyżaniak. Ten ostatni będący dla mnie postacią symboliczną. To w końcu założoną przez niego przed trzydziestu laty ekspedycją mam zaszczyt dziś kierować, obejmując ster po profesorze Kobusiewiczu. Gdy pierwszy raz patrzyłem na ich sygnatury na kaflach, nie wiedziałem jeszcze jak potoczą się moje losy. Ich nazwiska były swoistą zapowiedzią przyszłości.

Pierwsze podpisy złożono w kuchni w listopadzie 1986 roku (ryc. 3). Wtedy to Instytut, po przejęciu budynku, zainaugurował swoją działalność. Znane osobistości świata archeologii uświetniły swą obecnością ceremonialne otwarcie. Elementem sakralizacji budynku stały się pierwsze sygnatury na ścianie. Serce zaczęło bić – wyczuwalny był pierwszy skurcz najważniejszego mięśnia. Instytut ożył w kuchni. Tradycja jaką zapoczątkowano okazała się niezwykle trwała. Dziś najstarsze podpisy wykonane zielonym markerem zajmują ścianę na prawo od wejścia, podczas gdy kolejni goście zagospodarowali przez lata pozostałe wolne przestrzenie. Niebieskie i czarne podpisy, wyraźnie „świeższe”, pozwalają, jak to w studiach nad sztuką naskalną, rozpoznać wewnętrzną chronologię. Część najstarszych graffiti wyblakła lub całkiem zniknęła, gdyż lata temu ktoś nieopatrznie postanowił wyczyścić kafelki. Z każdym rokiem palimpsest ten się powiększa, choć z respektu dla nazwisk nikt nie wybiera zajętych już kafli. Palimpsestem jest jednak cała kuchnia, w której wydarzenia przenikają się wzajemnie i rezonują ze sobą elementy o zupełnie odmiennej czasowości.

 
Rycina 3
Rycina 3. Zbiór najstarszych podpisów na ścianie kuchennej w Forschungsstelle Afrika.

Wśród nazwisk znajdują się, między innymi, nazwiska poznańskich naukowców.

 

Dlaczego kolejni goście składają na ścianach swoje podpisy? Każdy ma swoje powody, choć na pewno wspólną płaszczyznę stanowi chęć współuczestniczenia w tym transcendującym czas zjawisku. Chęć bycia częścią społeczności. Dla młodych naukowców to honor, móc podpisać tę samą ścianę, co ich mistrzowie. Dla mistrzów to sposobność do oddania honoru instytucji i kolegom po fachu. Ściana daje możliwość wyrażenia wielu emocji i intencji poprzez akt materialny. Społeczność naukowa zacieśnia więzy dzięki pozornie błahej czynności, a która w rzeczywistości wytwarza bardzo silne relacje, które mogą się potem przekładać na samą naukę.

Ci badacze, którzy pracują ze sztuką naskalną, poniekąd oddają się podobnej, co badana, praktyce (przynajmniej z pozoru). Nagle zamiast badać, wytwarzają przedmiot, który można poddać naukowej analizie. Oto jak archeologia przestaje być czymś zewnętrznym, a przeistacza się w coś zaangażowanego.

Ponadto, stworzenie swojego podpisu w miejscu postrzeganym jako istotne, pozwala na rodzaj swoistej eternalizacji własnej osoby w owym materialnym akcie. Niczym starożytni Egipcjanie, którzy imię czy wizerunek swój uwieczniali w kamieniu, by dusza ich trwała przez wieczność, naukowcy nie tylko publikacjami, ale właśnie podpisem na ścianie postać swoją zachowują dla potomności. Przynajmniej tak długo, jak budynek wraz z kuchnią trwa. Lepsza jest książka, niż dobrze zbudowany dom pisał egipski skryba w czasach Nowego Państwa, wychwalając pismo jako najlepszy środek uwieczniania swej osoby (Lichtheim 1978, s. 175-178). Tutaj mamy dom i podpis; jak wyryte wizerunki stóp na dachach egipskich świątyń (Polkowski w druku).

A zatem każdy kafel z sygnaturą to rodzaj metonimii badacza. Pars pro toto. To manifestacja jego sprawczości, właściwie sprawczość par excellence. Czy wykonałbym własną inskrypcję, gdyby inne już tam nie istniały? Z dużym prawdopodobieństwem nie. Ale próżno tam szukać podpisów zatrudnionych w Instytucie pracowników. Czy nie chcą przynależeć do owej społeczności podpisanych? Myślę, że odpowiedź jest taka, iż od początku przynależą poprzez samo przebywanie w budynku. Ich status jest taki sam, tyle że nie potrzebują metonimii by go manifestować.

Jaka może być puenta na zwieńczenie tego eseju? Cóż, dla jednych będzie to relacja o niewiele znaczącym zjawisku. Dla innych zaś inspiracja by spojrzeć na otaczające naukowe krajobrazy, które nas niejako współkonstruują. Nie jesteśmy autonomiczni. To kim jesteśmy i co czynimy jest częściowo wypadkową „pola relacji”, w którym się znajdujemy (Ingold 2000). Kuchnia przy Jennerstrasse 8 jest dla mnie ucieleśnieniem pewnego krajobrazu, który wywarł na mnie wpływ. Co jednak istotne, ja również wywarłem wpływ na to miejsce. Zostawiłem coś z siebie i po sobie. Stworzyłem relacje z ludźmi. Jestem częścią pamięci tego miejsca, a materialnie świadczyć może o tym moja własna sygnatura. Wykonana niebieskim kolorem, świeża. Jeszcze. A kiedyś może wyblakła.

 

Bibliografia

Ingold, T. 2000. The perception of the environment: essays on livelihood, dwelling and skill. London: Routledge.

Kuper, R. (red.) 1978. Sahara: 10.000 Jahren zwischen Weide und Wüste. Cologne: Museen der Stadt.

Kuper, R. (red.) 2013. Wadi Sura – The Cave of Beasts. Köln: Heinrich-Barth-Institut.

Lichtheim, M. 1978. Ancient Egyptian literature. Vol. 2. The New Kingdom. University of California Press: Berkeley/London.

Polkowski, P.L. 2016. If you have been there once, you must come back again! Heinrich Barth Kurier 2016/2: 31.

Polkowski, P.L. (w druku) Feet, sandals and the animate landscapes. Some considerations on the rock art of the Dakhleh Oasis, Egypt. W: Proceedings of the conference What Ever Happened to the People? Humans and Anthropomorphs in the Rock Art of Northern Africa. Brussels 17-19.09.2015. Brussels: The Royal Academy for Overseas Sciences and the Royal Museums of Art and History.

Rathje, W.L. & M. Shanks. 2013. William L. Rathje† and Michael Shanks. W: W.L. Rathje, M.

Shanks & C. Witmore (red.) Archaeology in the making. Conversations through a discipline.

Routledge: London/New York, 352-379.

 

Be the first to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.


*